Strategiczne gry do pobrania dla dziewczyn za darmo

M: Alien Paranoja

M: Alien Paranoja

Post by relatedRelated post

Teoretycznie to dziwaczny główny bohater gry, z zawodu kosmita, miał być paranoikiem. Jednak obserwując wyczyny grafików oraz nienajlepszą grywalność M: Alien Paranoia dochodzę do wniosku, że na przypadłość tą cierpiał ktoś jeszcze.
Ale kto? Na pewno nie klient. Ten zwiedziony pięknym opakowaniem DVD oraz chwytliwymi hasełkami na okładce miał prawo sięgnąć po grę. W końcu obiecano mu dużą dawkę humoru, ponad 30 typów postaci, wirtualne zwierzątka, brak przemocy i język polski niemal na każdym kroku. Dorzucono też niewysoką cenę oraz wymagania sprzętowe tak niskie jak wykształcenie pierwszoklasisty. Nie wspomniano wreszcie o ani o jednej przyczynie, dla której nie należałoby chwytać tak smacznego rogalika, jakim wydaje się być gra Topware. Ale rzeczywistość oczywiście skrzeczy. M: Alien Paranoia, mimo kilku zalet, oprawiony jest w błędy i niedoróbki naprawdę ciężkiego kalibru i dla większości graczy będzie produktem nie do przetrawienia. Jedynie najbardziej odporne dzieci, gotowe grać w cokolwiek, co tylko podsunie się im pod nos, nie uciekną z krzykiem sprzed monitora.
Teoretycznie bowiem główny bohater gry, kosmita o wdzięcznym imieniu M, stanowi podręcznikowy przykład postaci skrojonej tak, by ją pokochano od pierwszego wejrzenia. Różowy pulower, niebieskie gatki po kolana, potężne buty i śmieszna zielona spluwa, przypominająca nieco trąbkę rowerową, budzą me nieodparte skojarzenia z pierwszym lepszym smarkaczem zakaszaniającym z wrzaskiem po podwórku. Od typowe osiedlowego krzykacza różni się M łbem. Przypomina on monitor z okrągłym kineskopem oraz zalotnie sterczącą antenką (Shakespeare napisałby… sprośnie sterczącą, no, ewentualnie bezwstydnie sterczącą). Tak więc M jest poczciwym, prześmiesznym stworzeniem, które gdzieś tam w kosmosie fruwa sobie od planety do planety przewożąc smaczną pizzę. Pewnego dnia jednak gra komputerowa – odmiana Space Invaders, w której zamiast do kosmitów strzela się do ludzi – wciąga go do tego stopnia, że bidula nie zauważa drastycznie spadającego stanu naładowania baterii pokładowych. Mimo dramatycznych wysiłków komputera M dopuszcza do tego, by pozbawiony dopływu energii silnik przestał pracować, zaś pojazd kosmiczny rozbił się na jednej z pobliskich planet. W praktyce więc głowny bohater gry jest niebyt inteligentnym gapą, a w dodatku przeżywa śmiertelnie nudne przygody w paranoicznie kolorowym świecie, do którego właśnie przybył.
Celem M: Alien Paranoia jest zebranie określonej liczby części, z których składała się rakieta M przed kraksą. Nie wystarczy jednak przebiec się po okolicy i wychwytać wszystkie zauważone śrubki, nakrętki czy blaszki, by móc pożegnać się z niegościnną pustynią rozciągającą się dookoła. Trzeba jeszcze stoczyć niejedna walkę z rdzennymi mieszkańcami planety, którym M jakoś nie przypadł do gustu (może są przeciwnikami telewizji? Big Brother się biedactwom nie spodobał i teraz plują dalej niż widzą?). Fauna to nad wyraz oryginalna, komiczna, a zarazem niebezpieczna. Pierwsze skrzypce gra w niej zielony Gork, stwór stanowiący mieszankę ziemskiego krokodyla z kosmicznym dzikiem wyposażonym w płetwy. Zwierz ten posiada bardzo ostre kły, biega dość szybko i wprost uwielbia podgryzać biednego M. Równie niebezpieczne są ziemnowodne piranie; ryby, które pilnują zbiornika wodnego zarówno w nim, jak i na nadbrzeżu. Jaszczurki i pająki nie przepadają za kosmitą z powodów politycznych, zaś nietoperze-wampiry, muskularne kraby, wojownicy sumo i goryle mają zdecydowanie wrogie zamiary bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Komary latają całymi watahami, zaś ich atak bywa bardzo bolesny. I tylko miłosne kaktusy pokochały M już od pierwszego wejrzenia. Sęk w tym, że każda próba przytulenia się kończy się dla niedawnego wypadkowicza tragicznie.
Na szczęście mały kosmita został wyposażony w broń masowej zakłady. Potrafi więc znakomicie strzelać ze swojej małej pukawki, nieźle rzuca bumerangiem (dzięki czemu jest w stanie unieszkodliwić przeciwników chowających się za przeszkodami terenowymi), może też liczyć swoje gruszki, którymi zwabia wrogów w pożądane miejsce. Niezwykle ciekawym środkiem obronnym stosowanym przez bohatera gry są pisklęta podebrane Gorkowi. Uważają one M za swoją matkę i w związku z tym bronią ją ze wszystkich swoich krokodylich sił. Arsenał oryginalny, choć z drugiej strony niebogaty, stanowi jedną z niewielu zalet recenzowanego programu.
Niewątpliwie też M: Alien Paranoia wypełniona jest humorem. Wprowadzające do zabawy intro, podczas którego kosmita prowadzi heroiczną walkę o los swego statku, zakończoną międzylądowaniem na słupie (zakaz parkowania UFO), potrafi rozśmieszyć do łez. Również i nazwy czy wybryki niektórych zamieszkujących planetę stworów uznałem za przezabawne. Niestety sama gra ma niewiele wspólnego z obiecywanym humorem. M obserwowany jest zza pleców, tak jak to się przyjęło w platformówkach TPP, zaś otaczający go świat przypomina sny szaleńca. Wszystkie kolory są nie na swoich miejscach! Trawa jest niebieska, niebo pomarańczowe, a drzewa fioletowe itp, itd. Początkowo budzi to uśmiech na twarzy, jednak już po kilku minutach zabawy człowiek marzy o powrocie do rzeczywistości. Barwy dobrano bowiem niezbyt umiejętnie, gryzą się one, zupełnie nie współgrają, są mdłe i na dłuższą metę niezbyt efektowne. Co więcej, na słabszym sprzęcie (jakieś P 300 i akcelerator 8 MB) trzeba wyłączyć większość efektów graficznych, takich jak chociażby tekstury, a wówczas M: Alien Paranoja wygląda bardzo brzydko. Na komputerze oznaczonym jako minimalny gra koszmarnie żabkuje i właściwie nie nadaje się do niczego. Również i przeciwnicy nie wyglądają jakoś imponująco. Są zbyt monotonni, skroni, nieprzemyślani, jednym słowem nie wyróżniają się w żaden sposób z galerii kosmitów pojawiających się we współczesnych programach. Ich niewielkie rozmiary powinny wywoływać uśmiech na twarzy, niestety okazuje się, że taki mikroskopijny szkrab jest równie niebezpieczny co rasowa kobra królewska z pełnymi akumulatorkami jadu.
Co gorsza, zaledwie przeciętnie wyglądający M: Alien Paranoja nudzi się równie szybko co słynna Daikatana. Skakanie po platformach, zbieranie przedmiotów, ścieranie się z galerią przeciwników ekscytuje tylko przez chwilę. Lepiej reagują na program dzieci. Im M się podoba, a jego przygody, mimo że dla starszych nudne, w jakiś dziwny sposób przykuwają do monitora. Między bajki należy jednak włożyć ów brak przemocy. Faktycznie krew się nie leje, zaś szczególnie okrutnego zabijania nie uświadczysz, jednak nasz poczciwy kosmita broni się przed atakami komarów czy piranii w sposób mający sporo wspólnego z encyklopedycznym pojęciem przemocy. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce panuje przeświadczenie, że brak krwi, nagości i niecenzuralnego słownictwa musi oznaczać produkt przeznaczony dla dzieci, najlepiej jeszcze lansujący idee proekologiczne bądź edukacyjne. Nie tędy droga! Przecież jeśli nawet głupia ulica Sezamkowa może mieć szkodliwy wpływ na najmłodszych, to M: Alien Paranoia tym bardziej!
Nie mogę też nie wspomnieć o pewnych problemach związanych z instalacją gry. Na dwóch komputerach, na jakich ją testowałem, wykazywała skłonność do nie uruchamiania się ‚z biegu’. Za każdym razem musiałem grzebać w ustawieniach, wyłączać i włączać jakieś dziwne opcje, tekstury, bajery, rowery, by całość ruszyło bez charakterystycznego zwisu. Nie znający się na takich cudach ludzie mogą najzwyczajniej w świecie nie odpalić gry… Oryginalnej! Nie dziwiłbym się, gdyby po takim doświadczeniu przenieśli się z zakupami na stadion, gdzie Rosjanin nie dość że wytłumaczy, to jeszcze wymieni, gdyby w ogóle nie działało! Na korzyć gry przemawia jedynie naprawdę dobre spolszczenie, obejmujące nawet tak drobne szczegóły jak napisy na drogowskazie, obok którego rozpoczyna się wielka przygoda M. Niestety dobre spolszczenie powinno być standardem, a nie największą zaletą programu ubiegającego się o miano przeboju.
Mam nadzieję, że udało mi się odmalować M: Alien Paranoia jako produkt całkowicie przeciętny, w którym fajność miesza się z niefajnością, zaś niedoróbka z przedobrzeniem bądź przekombinowaniem. Co prawda dziesięciolatki będą z niego zadowolone, jednak chyba tylko one (a na rynku są równie tanie Kangurek Kao, Rayman 2 i Tonic Trouble – naprawdę mocni konkurenci). Dlatego radzę większości graczy omijać ten program szerokim łukiem, w ostateczności zaś sięgnąć po darmowe demo i animowane intro, które można ściągnąć ze strony Topware. One dostarczą wszystkich doznań pozytywnych, jakie związane są z obcowaniem z M: Alien Paranoia.

M: Alien Paranoja
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
About